Burzec, wieś Burzec, zdjęcia ze wsi Burzec, Historia Burca.

W XV wieku Burzec należał do Klemensa Bielińskiego z Bielan, a następnie był własnością Andrzeja Ciołka z Żelechowa. Po 1569 roku przeszedł w posiadanie Jana Radziejowskiego i Marcina Leżańskiego. Przez długi okres czasu dobra burzeckie stanowiły własność rodziny Suchodolskich. Prawdopodobnie w drodze spadku (wiana) dobra te przeszły w posiadanie rodziny Dmochowskich, spokrewnionej z Henrykiem Sienkiewiczem. Najstarsza z sióstr matki pisarza Aleksandra Cieciszowska wyszła za mąż za Aleksego Dmochowskiego, właściciela Burca.

Poniżej zdanie które świadczy o tym że wieś Burzec istniała już w roku 1525.

„Po raz kolejny Zarzec występuje w dokumentach z 1525 r. W jednym z nich król Zygmunt I Stary potwierdził wspomniany wcześniej zapis z 1485 r. Inne dokumenty z 1525 r. informują z kolei, iż siostrzeńcy Jan i Stanisław z Leżenic (powiat warecki) zrezygnowali ze wsi Zarzec na rzecz Jana Zielińskiego (syna wspomnianego wyżej Andrzeja), dworzanina królewskiego, tenutariusza dóbr ulańskich. W ramach rozliczeń otrzymał on od nich również 200 fl. oraz pewne świadczenia ze wsi Burzec w powiecie radomskim.”

Zdjęcie z Burca wykonane w 1920 roku. 

Burzec - Liczba ludności (2006)    850 i zajmuje obszar o powierzchni 1084,5 ha.

  Znani i cenieni ludzie ze wsi Burzec

Zygmunt Jóźwik – był wspaniałym kowalem we wsi , kuł wozy oraz podkuwał konie.

Władysław Chmiel – największy społecznik Burca. Dzięki niemu postawiono pomnik ,,ku czci poległych żołnierzy ‘’w 1939 roku.

W miejscowości było kółko rolnicze : usługi dla rolników: orka, talerzowanie, koszenie łąki i zbóż, prasowanie słomy, rozsiew wapna nawozowego.

Cechą charakterystyczną Burca w dawnej przeszłości , była szachownica gruntów. Gospodarstwa rolne były małe: dwu- trzy hektarowe , bardzo rozproszone. Najdalsze pola były oddalone od siebie o 6-7km. Bywało tak, iż gospodarz miejący pole trzy hektarowe, miał je w 17 odległych kawałkach.

Dawniej tylko bogatsi rolnicy posiadali w sowich gospodarstwach domowych odbiorniki telewizyjne. To do nich przychodzili sąsiedzi i oglądali serwisy informacyjne czy filmy

Zadaniem sołtysa było organizowanie szarwarku , czyli reperacja podmokłych miejsc na drodze. Ludzie szli i własnymi siłami poprawiali drogę. Inną rolą sołtysa było zorganizowanie grup , które odpowiedzialne były za zbieranie stonki, która ,,gościła” na tutejszych polach

W południowo- wschodniej części parku krajobrazowego, w pobliżu wjazdu do szkoły. Postawiony w latach 20 XX w. (przed I wojną światową) przez mieszkańców Burca. Wcześniej był to krzyż przydrożny- na rozdrożu. Dziedzic zmienił lokalizację dróg i obecnie jest to teren parku.

 Pomnik Kleeberczyków z 1973 r. zlokalizowany przy wjeździe do Burca od Woli Burzeckiej po prawej stronie drogi. Na betonowym cokole umieszczona jest pionowa płyta z napisem „ PAMIĘĆ ŻOŁNIERZY 50 DP POLEGŁYCH W DNIU 5.10.1939 r. W 34 ROCZNICĘ BITWY MIESZKAŃCY BURCA” Zginęło tu 18 żołnierzy z grupy operacyjnej POLESIE.

 Dwa krzyże zlokalizowane na rondzie przy skrzyżowaniu dróg Burzec-Krzywda: drewniany z dwiema belkami poprzecznymi postawiony w 1894 r. przez mieszkańców Burca jako prośba o ustąpienie zarazy, która wówczas zdziesiątkowała miejscową ludność- po postawieniu krzyża zaraza ustąpiła. Na krzyżu jest napis „ W KRZYŻU GODŁO ZBAWIENIA R.P. 1894 Dn. 29 sierp. Obok krzyż metalowy, wyższy od drewnianego z 1998 r.

 

Zdjęcie z uroczystości wręczenia sztandaru dla OSP Burzec rok 1979.07.01

 

 Lipa Sienkiewiczowska w pełnej okazałości. Zdjęcie sprzed zniszczenia przez piorun. Na dole widoczna jest jama, w której Henryk chował swoje zapiski.  

22 lipca 1967 roku podczas burzy, słynna ,,Lipa Sienkiewiczowska", pod którą Henryk Sienkiewicz pisał fragmenty ,,Potopu "została zniszczona , przez uderzenie w nią pioruna.  

Druga legenda o powstaniu nazwy wsi „BURZEC”

Otóż, pewnego lata nadciągnęła straszna burza, która łamała drzewa i wyrywała je z korzeniami. Wyniszczyła ona sporą przestrzeń lasu, a gdy ludzie zaczęli budować swe domy w miejscu, gdzie kiedyś rósł las, nadano temu miejscu (polance) nazwę Burzec, a późniejszej osadzie (wiosce) także. Stąd wywodzi się nazwa miejscowości.

 

Skąd nazwa BURZEC??  

Jest wiele różnych wersji na temat nazwy naszej rodzinnej miejscowości. Jedna mówi, iż w Burcu było wiele nagłych burz i stąd ta nazwa. Druga zaś opowiada , że ponoć jej nazwa wzięła się od określenia nurkującej dzikiej kaczki, którą zwano ,,burką". W jeszcze innych opowiadaniach, Burzec oznacza ziemię od Jeleńca po Bystrzycę porośniętą lasami. Burzec często występuje w zapiskach - oznaczał zapewne "mały bór". Burze to miejsce po wykarczowanym borze.   HONORAT   Ludzie w Burcu ciężko pracowali, bo ziemia tam licha. Mężczyźni mieli zmęczone, poorane zmarszczkami twarze. Jedna z żon, aż wstydziła się wychodzić z mężem do kościoła. Nocą wyszła nad staw "Zagłobą" zwany i ubolewała. Gdzie szukać ratunku, pomocy?! - łkała. Wtem usłyszała wśród szumu sitowia wyraźne słowa" za tobą... za tobą. Odwróciła głowę i zobaczyła wiatrak, którego skrzydła obracały się powoli. Z wiatraka wyszedł stary młynarz i zapytał o powód zmartwienia. Wtedy Gabriela opowiedziała mu o problemie trapiącym żony spracowanych mężczyzn. Młynarz zamyślił się i poprosił, aby jutro przyszła z mężem. Nazajutrz oboje przyszli o tej porze do młynarza, który dał mu następującą radę: okładać ciało Honorata leśnym błotem, w którym taplają się dziki, pływać w stawie i spacerować, aż wyschnie po kąpieli. Po tygodniu zabrał go do wiatraka i zaryglował drzwi. Co tam się działo, tego nie wie nikt. Skrzydła wiatraka obracały się jak oszalałe, a ze środka dochodziło skrzypienie i zgrzytanie mechanizmów. Trwało to cały dzień. Oczom zdumionej Gabrieli ukazał się Honorat wypoczęty i młody.   ZAKLETA KOZA   Dawno, dawno temu chłop z Burca kupił kozę w poniedziałek na jarmarku w Adamowie. Miała bardzo duże wymię i ucieszył się, że za mało stawkę nakarmi dzieci kozim mlekiem. Po zapłaceniu wziął kozę na postronek za rogi i prowadził w kierunku siedliska. Uszła do skrzyżowania dróg i ani rusz z miejsca. Zaparła się rogami i beczy. Na szczęście, przechodzili właśnie drogą dwaj mężczyźni. Widząc zapłakanego chłopa, natychmiast pośpieszyli mu z pomocą. Jeden z nich zastąpił kozie drogę i chwycił ją za rogi. Drugi natomiast przytrzymał za powróz. Wtedy koza potrząsnęła łbem i w oszalałych susach pobiegła drogą, ciągnąc za sobą właściciela. Ludzie wybiegali z domów i pokładali się ze śmiechu, widząc jak małe zwierzę ciągnie rosłego mężczyznę. Wreszcie koza zawlekła go na podwórze i tak głośno beczała, że zbiegło siępół wsi. Nikt nie umiał poradzić zwariowanej kozie, która kładła się na grzbiecie, to stawała w żłobie wszystkimi czterema nogami, a przy tym niesamowicie przewracała oczyma, że ludziom ciarki po plecach chodziły. Wreszcie wszyscy orzekli, że to nic innego tylko sprawka sił nieczystych i postanowili sprowadzić na miejsce znachorkę, starą Olechową. Kiedy Olechowa przybyła na miejsce, zrozumiano od razu, że to sam Lucyfer ukrył się w skórze zwierzęcia. Wyjdźcie wszyscy z obory - powiedziała - muszę na jakiś czas zostać przy kozie sama. Wynieśli się wszyscy bez sprzeciwu i cierpliwie czekali na podwórzu. Tymczasem Olechową za pomocą tajemnych sposobów porozumiała się z Lucyferem, a kiedy wyszła z obory, wiedziała już, co ma czynić. Widzę tylko jedną radę - rzekła do stojących wokoło ludzi. - Trzeba zaprowadzić kozę do strugi koło źródełka w Szczałbie, która uzdrawia ludzi, pomoże również zwierzęciu. Nie czekając na nikogo, sama wzięła kozę za powróz i bez oporu zaprowadziła ją do strugi. Tłum ludzi przyszedł za nią, ciekawy co się stanie. Tymczasem zwierzę rozkraczyło się nad strugą i zaczęło pić wodę tak zachłannie, że przerażeni ludzie uciekali jeden za drugim. Koza piła bez przerwy. Tułów jej pęczniał, a w strumyku wody ubywało. Płynął teraz cieniutką niteczką, aż wreszcie zostało tylko kilka kropel. I te jednak koza zlizała swoim szorstkim językiem. Wtedy rozległ się potężny huk. Ci, którzy pozostali do końca, z przerażenia upadli na ziemię. Nad pustym korytem strugi, gdzie jeszcze przed chwilą stała koza, uniosła się w górę czarna chmura i rozległ się wokoło szyderczy śmiech. Gdy potem wiatr rozwiał chmurę, ludzie znaleźli rozciągniętą na ziemi skórę kozy i jej zwęglone szczątki. Obok leżał kamień w kształcie kopyta. Z tego właśnie miejsca Zły uleciał w powietrze. Burzec i okolice znowu nawiedzały choroby,  wiedźmy radośnie uprawiały swoje diabelskie sztuczki.   ZARAZA W BURCU   Szła zaraza przez burzecką ziemię. Nie oszczędzała nikogo: możnych i biedaków, ludzi w południu życia i dzieci. Znaczyła twarze piętnem śmierci, od której nie było odwrotu. Zostawiała po sobie wysuszone gorączką ciała. Od czasu do czasu widać było grupki ludzi, wynoszących poza wieś tych, którzy musieli odejść na zawsze. Drzwi domów oznakowano krzyżem, namalowanym białym wapnem. Znak ten ostrzegał, że w tym domu zagościła zaraza. Niektórzy klęczeli twarzą zwróconą ku słońcu, prosząc Boga o odwrócenie nieszczęścia, jakie na nich spadło. - Czarna zaraza, czarna zaraza... biegła żałobna wieść. - A dzwony kościelne 3 razy dziennie jęczały: na żal... na płacz... na śmierć... Dym kadzideł nasiąkniętych szeptem niewysłuchanych modlitw wlókł się po burzeckiej ziemi i zmierzał do cmentarza poza wsią. Do Burca z pielgrzymich szlaków przybył obcy. Wiele wody upłynęło w rzekach - skarżył się w duszy - odkąd opuściłem wieś mego dzieciństwa. Po latach wracam tutaj i oto zamiast radości widzę wokoło straszliwe żniwo śmierci. Za cóż, o najlepszy Ojcze, tak srodze doświadczasz moją rodzinną wieś? Daj znak, co mogę uczynić, aby odwrócić nieszczęście? Naraz dobiega z chatki chrapliwy głos. Obcy wszedł i rozejrzał się. Na wyrku pod ścianą leżała stara kobiecina i ciężko oddychała. Wychudła twarz, zlepione włosy, zapadnięte oczy, były wynikiem wysokiej gorączki. Podszedł do chorej i podał jej kubek wody. Gdy westchnęła, w powietrzu zawisł obłoczek. Obcemu przyszło do głowy, że to wędrująca w takiej postaci zaraza. Zamknął obłok w stojącej na stole szkatułce. Opuścił mieszkanie, zamknął drzwi i ruszył w kierunku środka wsi. Tu szpadlem wykopał dołek i zakopał szkatułkę z zarazą. Od tej pory ludzie zaczynali zdrowieć. Po latach w tym miejscu postawiono krzyż drewniany z podwójnymi ramionami 

 

Nad ,,czerwoną wodą” ktoś straszy…

Mieszkańcy Burca uważają , że na tutejszych bagnach straszy. Opowiadają, iż pewnego razu pewien gospodarz o imieniu Bronisław wracał ze swojego pola drogą i porwał go jakiś ,,dziwny stwór’’ , wciągnął go do bagien i utopił. Po tamtym wydarzeniu wszyscy ludzie , mijając te tereny czują obawę . Co roku w dniu 1 Listopada mieszkańcy zapalają znicz, na miejscu wydarzenia.  

Nawiedzony Park??

 

W nocy w alejkach zabytkowego parku rozlegają się tajemnicze dźwięki. Ludzie uważają, że są to odgłosy nieżyjących mieszkańców dworku dziedzica Dmochowskiego.  

O dobrej córce złego młynarza   We wsi Burzec, był kiedyś młyn, a w nim młynarz, co miał piękną córkę. Wandziulinka jej było na imię. Po młynie dziś śladu nie ma, ale wiejska legenda głosi, że duch pięknej dziewczyny snuje sie między stawami przy drogach i niesie pomoc ludziom.   Burzec, kiedyś, tak jak i dziś, do bogatych wsi nie należał. Niektórym, żyło się bardzo ubogo. Wyzyskiwał ich dziedzic, a młynarz oszukiwał, gdy przynosili zboże na mąkę. Wandziulinka, nie wdała się w swego rodziciela i w takich sytuacjach po kryjomu brała mąkę z młyna i roznosiła oszukanym i najbardziej potrzebującym. Ojciec surowo dziewczynę karał za takie nieposłuszeństwo. Pewnego razu, Wandziulinka spróbowała z wiatraka wydostać się przez małe okienko po przeciwnej stronie wielkich, wiatracznych śmigieł. Pech chciał, że dziewczyna poślizgnęła się, spadła na ziemię i zabiła się na miejscu. Młynarz, z sercem twardym jak kamień nawet nie przeżywał śmierci swojej córki i nadal oszukiwał mieszkańców. Za to duch jego córki, nie przestawał nieść pomocy biedakom. Oprócz pomocy materialnej, duch Wandziulinki starał się odciągać zaglądających do kielicha mieszkańców Burca.   Pewnego razu, konnym wozem przez wieś wracał jeden z gospodarzy, a że wracał od znajomych, to wiadomo że nie był do końca trzeźwy. Duch Wandziulinki wskoczył na jego wóz, ale mężczyzna z racji tego że nie kontaktował zbyt dobrze, nie zorientował się, że wiezie ducha. Zaczął rozmawiać ze zjawą, a ta nakazała mu, by jechał we wskazane miejsce na pole, odszukał trzy takiej samej wielkości kamienie i stuknął w nie trzy razy wypowiadając zaklęcie „Złoto, złoto, otwórz się!”, a wtedy, jeden z kamieni okaże się zaklętym garncem ze złotem. Potem, powiedziała mu by złoto rozdał kobietom, których mężowie piją, bo to złoto to ich wylane łzy.   Gdy tylko to powiedziała, od razu znikła. Mężczyzna, w jednej chwili oprzytomniał, zorientował się kogo wiózł i zrobił co mu duch nakazał. A i sam o wiele rzadziej zaglądał do kielicha, bo zawsze przypominała mu się sytuacja, jaką przeżył..  

DRUGA WOJNA ŚWIATOWA    Kartki dziennika nauczyciela w Łukowie z okresu okupacji hitlerowskiej:

Burzec

Dnia 30 października wybrałem się do wsi Burzec na wizytację spółdzielni. Kiedy dojeżdżałem do wsi, zatrzymali mnie chłopi, którzy uciekli ze wsi. Do Burca przyjechali bowiem żandarmi, żeby przeprowadzić obła­wę na Żydów. Dowiedziałem się, że z osady Adamów uciekli Żydzi, uzbroili się i napadli następnie na urząd gminny, który zniszczyli, szukali też wójta, którego chcieli zabić. Nie zastali go jednak, więc zdemolowali jego dom. Jednego żandarma zabili, jednego ranili, pozostali wraz z gra­natowymi policjantami uciekli. W nocy przewieziono tamtędy transport Żydów. Zatrzymano go i znów zbiegli Żydzi z około dziesięciu wagonów. Ukryli się w lasach. Niemcy przeprowadzają obecnie obławy na tych Ży­dów. W wyniku obławy zginęło 25 Żydów. Wiem, że do 4 listopada jesz­cze ich nie pogrzebano.

Oto rozmowa chłopów w Burcu: „Kazano odwieźć tego Żyda do Łu­kowa. Myślę sobie, że jak wjadę w las, to szelma mi ucieknie. Trącam furmana w bok, a że to chłop nie głupi, więc zmiarkował o co chodzi. Chwycił lejce zrobił pętlę, zarzucił Żydowi na szyję, drugi koniec sobie pod nogi i takeśmy go wieźli do samego Łukowa”.

W nocy śpię w Burcu u przewodniczącego rady nadzorczej spółdziel­ni. W nocy budzą go i razem ze strażą wiejską poszli otoczyć zagrodę innego chłopa, którego posądzono, że przechowuje Żyda. Na szczęście ni­kogo nie znaleźli.

W Okrzei przy wywożeniu Żydów było tylko kilku żandarmów i kil­ku Ukraińców. Bohaterami byli miejscowi Polacy. Spędzono Żydów na rynek, naprzeciw kościoła, kazano im tańczyć, śpiewać „Alleluja”. Potem kazano im rozebrać się, położyć na ziemi, „wyrównać łebki” i zastrzelili 90 osób. Jedna z matek jeszcze po śmierci dziecka przyciskała do piersi trupa swego dziecka.

Z poprzedniego transportu, z pociągu radzyńskiego wyskoczyła Żydów­ka. Poszła do wsi, nikt nie chciał nic dać, nikt do obejścia nie wpuścił. Zrezygnowana, głodna i zziębnięta postanowiła wrócić do łukowskiego getta. Jechał chłop, przemocą wsiadła na furę, gdy jednak wyjechał z la­su, to Żydówkę batem przepędził z fury. „Ta Żydówka pcha się na moją furę, co było robić? Spędziłem ją” - opowiadał gospodarz w spółdzielni.

 

Z innej beczki

         Zatem przypatrzmy się bliżej trzeciej i ostatniej fazie bitwy na odcinku Adamów–Burzec w dniu 5 października 1939 roku. Około godziny ósmej rano ruszyło silne natarcie niemieckie na Adamów i tu Polacy rozbili dwa inne wozy opancerzone ogniem z działek przeciwpancernych. Celowniczym był Józef Szczęśniak, a kompania junaków współdziałała skutecznie w polu na kierunku Wola Burzecka, jak świadczy– Marek Sadzewicz. O godzinie 11 natomiast ze wsi Burzec w stronę Adamowa dokonał przeciwuderzenia ppłk Władysław Dec na czele 178 pułku (50 dywizja) wespół z siłami 1 batalionu mjra Mariana Tinza, złożonego z junaków i resztek żołnierzy zgrupowania „Jasiołda" oraz 3 batalionu por. Bogusława Czerniewicza w składzie żołnierzy z różnych oddziałów. Wsparcie ogniowe prowadził pluton działek (kilka działonów) przeciwpancernych por. Władysława Marcinkiańca. A zatem który to z tych dwóch działonów odnotował sukces bojowy? Na jakim odcinku uczestniczył nasz informator? Celem tego natarcia było wyrzucenie Niemców z Adamowa, gdy został opuszczony po ciężkim boju
przez 180 pp. mjra Franciszka Pająka. Przeciwuderzenie podpułkownika Deca niestety załamało się w połowie drogi z Burzca do Adamowa. Udział junaków PW w tej ostatniej fazie bitwy zdaje się potwierdzać fakty przedstawione przez pana Teofila. No i do tego ogień przeciwpancerny całego plutonu. Nie wiemy jedynie w którym działonie mógł przebywać nasz młody wówczas ochotnik i jak się nazywał ranny podporucznik. Ani też pod którą wioską znajdowało się stanowisko ogniowe przeciwpancerne oraz gdzie znajdował się punkt opatrunkowy. (Wiemy jedynie, że szpital polowy– był usytuowany pod Hordzieszką drugi zapewne w folwarku Lipiny?). 

© Jacek Musiał - jacek76@go2.pl

Od 2010.01.12 odsłonięć strony: